Wisła, skocznia im. Adama Małysza

Warto mieć marzenia

     W jednym z ostatnich dni 2000 roku tata powiedział mi, żebym obejrzała zawody w narciarstwie, bo jakiś Polak ma szansę na wygraną. Włączyłam telewizor, choć tak naprawdę mało interesowało mnie: co to za Polak, co to za zawody, co to za narty. Tak było do momentu, gdy zobaczyłam kilka pierwszych skoków narciarskich i stojącego na podium Turnieju Czterech Skoczni Adama Małysza. Od tego dnia stałam się prawdziwą ofiarą małyszomanii. A później było już tylko gorzej...

    Dokładnie notowałam odległości każdego skoku Adama, każdą otrzymaną notę za styl, każdą zajętą przez niego pozycję. W specjalnie założonym do tego celu zeszycie wklejałam wszystkie znalezione w gazetach wycinki dotyczące Małysza. Wpisywałam tam wszystkie informacje na jego temat - łącznie z numerem buta i ulubioną potrawą. Nie opuszczałam żadnego konkursu skoków narciarskich, które stały się ważną częścią mojego młodzieńczego życia. A sam Adam Małysz stał się moim bohaterem.
    Z czasem stałam się za stara na prowadzenie zeszytu o idolu. Nigdy jednak nie przestałam kibicować Adamowi, a z czasem Kamilowi Stochowi i Piotrowi Żyle. Moje uwielbienie przybrało po prostu inną formę. Kiedy na 4. roku studiów nadszedł czas wyboru tematu pracy magisterskiej, bardzo długo zastanawiałam się co tak naprawdę mnie interesuje. Podczas gdy ludzie z mojej grupy zaczęli przynosić do sprawdzenia plany pracy, ja przynosiłam wciąż nowe tematy mojej magisterki. Zaczynałam gromadzić dane, pisać plan pracy, by po pewnym czasie stwierdzić, że to jednak nie jest to. Tak było do listopada, do inauguracji Pucharu Świata w skokach narciarskich. Wtedy przypomniałam sobie, co tak naprawdę jest moją pasją. Ku nieskrywanej niechęci Pani Promotor napisałam moją pracę magisterską na temat Adama Małysza, Kamila Stocha i Piotra Żyły. I obroniłam ją, mimo  drwin ze strony Pana Rektora.
    W międzyczasie wciąż marzyłam o tym, by choć raz znaleźć się pod skocznią narciarską podczas konkursu skoków. Pierwszy raz wybrałam się do Wisły na zawody w styczniu 2013  roku. Pojechaliśmy we troje: ja, Mateusz i Damian. Niestety, tuż przy wyjeździe z miasta mieliśmy stłuczkę i drugie miejsce Kamila Stocha obejrzałam tylko w telewizji. Wielkie marzenie trzeba było odłożyć.
W marcu, dość spontanicznie, wybrałam się wraz z Mateuszem do czeskiego Harrachova, gdzie odbywały się Mistrzostwa Świata w Lotach Narciarskich. Niestety i tym razem nie było nam dane spełnić marzenia. Czekaliśmy pod skocznią, z biało-czerwonym flagami namalowanymi na policzkach. Przez 4 godzony, które spędziliśmy na trybunach, padał śnieg z deszczem i szalał wiatr. Zawody odwołano. Owszem, widok mamuciej skoczni robił wrażenie, udało nam się zobaczyć kilku skoczków wjeżdżających na Czertak (i później z niego zjeżdżających), poczuliśmy atmosferę panującą wśród kibiców, ale niedosyt pozostał...







     "Do trzech razy sztuka" - to była moja myśl przewodnia podczas podróży do Wisły w styczniu 2014 roku. Wybraliśmy się tam w tym samym gronie, co 12 miesięcy wcześniej. I udało się! Obejrzeliśmy skoki, a ja spełniłam moje 15-letnie marzenie. Był to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Nieważne, że odbyła się tylko jedna seria; nieważne, że Stoch był dopiero 15., a reszta wypadła jeszcze gorzej; nieważne, że nie widziałam lądowań wszystkich skoczków; nieważne, że nogi miałam jak kostki lodu. Najważniejsze, że mogłam zobaczyć ten wspaniały lot z prędkością 90 kilometrów, ten opór powietrza pod nartami, szybki zjazd po wylądowaniu. Piękne było to, że mogłam oglądać rozgrzewkę tych, którym każdej zimy oddaję pół weekendu. Że widziałam jak wysoko podskakuje Jernej Damjan, jak biega Dawid Kubacki, jak się rozciąga Peter Prevc. Że mogłam przybić "5" Gregorowi Schlierenzauerowi, że dostałam autograf Stefana Krafta, że widziałam ten uroczy uśmiech Noriakiego Kasaiego. Że widziałam tego, od którego wszystko się zaczęło - Adama Małysza. To był piękny dzień, pełen dobrych emocji i adrenaliny. Dziękuję, że mogłam go przeżyć, że spełniłam jedno z moich pragnień.







Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twoja strona:
Twoja wiadomość: