Ateny, Grecja

Podróż do starożytności

Pewnie wielu uzna mnie za laika i ignorantkę, ale Grecja zawsze kojarzyła mi się tylko z Zorbą, grecką sałatką i mitami. A Ateny głównie z olimpiadą. Tak było do jednego z majowych weekendów, kiedy to odwiedziliśmy stolicę Grecji.

Nasza wycieczka rozpoczęła się w piątek, 9. maja. W Atenach wylądowaliśmy późnym wieczorem, dlatego noc z piątku na sobotę spędziliśmy na lotnisku. Niewielki problem pojawił się rano, gdy próbowaliśmy dostać się do miasta. Pani na dworcu chyba sama nie wiedziała jak i skąd dokładnie mieliśmy wyjechać. Dopiero przypadkowo zapytany starszy pan pokierował nas na właściwy autobus, którym za 5 dostaliśmy się do Aten w ok. 50 minut. Nocleg mieliśmy zarezerwowany w hostelu Aristoteles, niedaleko placu Omonia  najniebezpieczniejszej ateńskiej dzielnicy. W komentarzach, które czytaliśmy przed wylotem do Grecji, wielu podróżników przestrzegało przed tą właśnie dzielnicą. Jednak ze względu na dobrze połączenie z miejscami, które chcieliśmy odwiedzić, zdecydowaliśmy się na rezerwację w Aristotelesie. Zresztą, to tylko na jedną noc. Do hostelu dotarliśmy dużo za wcześnie, nasz pokój nie był jeszcze przygotowany, dlatego kilka chwil musieliśmy na niego poczekać. Po odebraniu klucza duże rozczarowanie spotkało Mata, któremu obiecywano pokój z balkonem na którym rano wypije kawę. Otrzymaliśmy bowiem pokój z jednym oknem, z którego widać było... "plecy" następnego budynku. Dość smutny widok.
 

Zwiedzanie zaczęliśmy dość tradycyjnie  pojechaliśmy zobaczyć Akropol. Dotarliśmy tam metrem. Ja – jak to ja – poczułam się zachwycona tymi uroczymi alejkami, tą roślinnością, owocami, szyszkami, palmami. Bo, przecież jakby nie patrzeć, nigdy wcześniej nie widziałam ani drzewa pomarańczowego, ani palmy rosnącej na chodniku. Droga na Akropol była piękna, pstrykałam zdjęcia jak rasowy Chińczyk.    
 
 
 
 

  
 
 
 

  

  

 

   
Zanim jednak poszliśmy na Akropol, najpierw obejrzeliśmy do z Areopagu – Wzgórza Aresa. Jest to miejsce poświęcone bogowi wojny. I to właśnie tutaj, w 50 r. n. e., do najdostojniejszych Ateńczyków przemawiał św. Paweł. Areopag, z którego rozciąga się widok na Akropol, na całe miasto i na Wzgórze Likavitos, pełne jest turystów. Każdy znajdujący się tam kamień jest wszlifowany przez ludzkie buty. Jeśli ktoś potrafi wyłączyć zmysł słuchu i wyciszyć się mimo obecności ludzi, Wzgórze Aresa może być idealnym miejscem do przemyśleń, refleksji, psychicznego odpoczynku.

 
 
 
 
 
 

Ze Wzgórza Aresa udaliśmy się w dół, by przed wejściem na Akropol, obejrzeć po drodze inne zabytki. Schodziliśmy wśród krajobrazów, które nieustannie kojarzyły mi się z Ziemią Świętą. Tzn. nigdy tam nie byłam, ale tak właśnie sobie ją wyobrażam. 1/3 naszej wycieczki, która zwiedziła Izrael, wyprostowała moje myślenie, że to jednak jeszcze nie to. Ale według mnie te widoki mają w sobie coś mistycznego


 
 

 
Zwiedzanie Akropolu rozpoczęliśmy od jego południowej strony. Zakupione przez nas bilety (12/ sztuka) uprawniały nas do wejścia do siedmiu zabytkowych miejsc w Atenach. I od razu po przekroczeniu bramy przywitał nas mieszkaniec tego ateńskiego ogrodu  


Na pierwszy ogień poszedł Theseion – świątynia poświęcona Hefajstosowi i Afrodycie. To budynek, który do czasów obecnych zachował się najlepiej spośród innych greckich zabytków.
 
 
 
 
 

Stoa Attalosa to kolejny punkt wycieczki u podnóża Akropolu. Stoa to podłużna hala, która z jednej strony miała ścianę, natomiast wzdłuż drugiej budowane były kolumny. Takie budowle służyły w starożytnej Grecji za miejsca handlu lub załatwiania spraw administracyjnych. Obecnie Stoa Attalosa przekształcona została w muzeum. Ze względu na wstręt Mata do wszelkiego rodzaju obrazów, rzeźb i obiektów muzealnych, dosłownie przebiegliśmy przez halę kolumnową...
 
 
 

 
Nieopodal Stoa Attalosa znajduje się Kościół Świętych Apostołów. Sama świątynia pochodzi z X wieku, natomiast znajdujące się w jej wnętrzu freski powstały w XVII stuleciu. Kościółek jest niezwykle kameralny.
 


Po drodze spotkaliśmy przydrożnego sprzedawcę suszonych owoców. Polecił nam kandyzowaną skórkę limonki. Była pyszna
 

Ze skórkami w dłoniach rozpoczęliśmy wspinaczkę do najbardziej znanej części Akropolu. Po drodze minęliśmy jeszcze odeon Heroda Attyka. Herod Attyk to rzymski polityk i mąż stanu, który zbudował teatr w hołdzie swojej zmarłej żonie. Co ciekawe, w odeonie nadal odbywają się przedstawienia sceniczne. Podczas odbywającego się co roku Festiwalu Ateńskiego wystawiane są tu różnego rodzaju spektakle.
 

 
Po kilku kolejnych chwilach wędrówki naszym oczom ukazało się to, co jest symbolem Aten, co znajduje się na niemal każdej pocztówce, co przychodzi na myśl, gdy tylko pomyśli się o Atenach. Partenon. Świątynia poświęcona Atenie Dziewicy (Ateny Partenos). Nie poczułam się ani trochę rozczarowana. Piękne, kredobiałe kolumny. Obok Erechtejon  budowla wzniesiona na cześć Posejdona i Ateny. Nigdy nie byłam wielbicielką ani znawcą architektury, styl joński myli mi się z doryckim i walorów budowli nie umiem odbierać umysłem. Ale gdy widzę coś, co mnie zachwyca, w mojej głowie pojawia się tylko słowo "łał". Podobnie czułam się na wzgórzach Akropolu. Nie było dla mnie ważne, w jakim stylu zostały zbudowane te świątynie. Są po prostu piękne.

 
 
 

  
 
 
 
   

Nasza wizyta na wzgórzu Akropolu zakończyła się w samą porę na obiad. A obiad składał się z musaki i greckiej sałatki. Dodatkiem było greckie pieczywo maczane w oliwie. I to właśnie ten chlebek najbardziej przypadł mi do gustu. Niestety, w Polsce to już tak nie smakuje...
 
 

Po zaspokojeniu największego głodu daliśmy się wciągnąć w szał zakupowy. Czyli zagłębiliśmy się w kramy i stragany w dzielnicy Monastiraki. Kto mnie zna, ten wie, że uwielbiam stragany, które przed Bożym Narodzeniem rozstawiają się w miastach. Właśnie z nimi skojarzyły mi się kramy w Atenach. Tłum, gwar, mnóstwo bibelotów, pamiątek... Większość sprzedawców bardzo pozytywnie nastawiona do Polaków, zagadywali nas łamaną polszczyzną. Aż żałowałam, że nie mogę u każdego z nich czegoś kupić
  
 
 

Wieczornym spacerem po greckich uliczkach zakończyła się nasza ateńska sobota. 1/3 z nas miała ochotę wyjść jeszcze i poczuć nocny klimat, jednak zmęczenie wzięło górę i szybko usnęliśmy. Tym bardziej, że niedziela też miała być obfita w zwiedzanie. W planach był wyjazd nad morze. Ze względu na najszybszy i najłatwiejszy dojazd, nasz wybór padł na Pireus. Jednak o ile do portu dojechaliśmy bez problemu, o tyle z trafieniem na plażę było już znacznie gorzej. Każda zapytana osoba miała inny pomysł na dotarcie tam, w wyniku czego kręciliśmy się w kółko przez kilkanaście minut. Gdy wreszcie trafiliśmy do dobrego autobusu, okazało się, że czeka nas jeszcze ok. 40 minut jazdy. Niestety, przez te komplikacje znacznie skrócił się nasz czas spędzony na plaży. Chłopaki się wykąpali w morzu, ja (wieczny zmarzluch) dałam radę wejść tylko do kolan. Ale uspokajający szum fal wynagrodził mi niską temperaturę wody.

 
 

 
2/3 z naszej wycieczki pamiętało smak soczystych owoców, które zajadało w Hiszpanii. Były więc podstawy by podejrzewać, że równie wyjątkowe będą greckie owoce. By to sprawdzić, w drodze powrotnej z Pireusu zatrzymaliśmy się przy straganach spożywczych. Pomarańcze prosto z drzewa, z nieoderwanymi listkami, prezentowały się zdecydowanie lepiej niż "polskie" okazy w supermarkecie. Podobnie było z oliwkami, arbuzami i innymi śródziemnomorskimi cudami. Jednak smak bananów i pomarańczy nie odbiegał od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Być może byliśmy w Grecji za wcześnie, być może majowe owoce nie są jeszcze dostatecznie nasycone słońcem.


 

Jako że 2/3 wycieczki jest zapalonymi kibicami piłki nożnej, podczas wycieczki nie mogło zabraknąć zwiedzania jakiegoś stadionu. W stolicy Grecji był to stadion drużyny Olympiakos Pireus.  
 
  
 
 
Niestety, stadion piłkarski był ostatnim punktem naszego ateńskiego weekendu. Stamtąd ruszyliśmy biegiem na metro i z metra biegiem na samolot. Zdążyliśmy niemalże w ostatniej chwili, więc nie obyło się bez lekkiego stresu. Siedząc w samolocie delektowaliśmy się ostatnimi widokami pięknej Grecji, oddalającej się od nas z każdą sekundą.
 
 

A Warszawa przywitała nas pięknym zachodem słońca...
 
 
 
 

PS W pierwszym napotkanym w Grecji kiosku zauważyłam taką oto pocztówkę...
 
 

 ...i zastanowiłam się, co kot ma do Grecji. A później poszłam na Akropol... I już wiem, że w Atenach kotów jest mnóstwo, mnóstwo

 

 

 








Komentarze do tej strony:
Komentarz pochodzi od Kinga Kulczycka, 18.09.2018, o 07:35 (UTC):
Cudowne fotografie i zapewne niezapomniana podróż. Życzę wielu kolejnych!

Komentarz pochodzi od Gadulec, 06.12.2017, o 05:10 (UTC):
Widzę, że za wiele się nie zmieniło przez ponad 10 lat kiedy tam byłam Bardzo fajny wyjazd, a owoce chyba faktycznie później są slodsze i bardziej soczyste.

Komentarz pochodzi od przemek, 04.12.2017, o 14:12 (UTC):
Grecja zaliczona trzy razy, ale jakoś ciagle Ateny czekają. Kuszą i mrugają okiem. Fajny wpis.

Komentarz pochodzi od Natalia - Naturalnie Niebanalnie, 04.12.2017, o 13:51 (UTC):
Bardzo chciałabym pojechać do Aten, pięknie tam jest, co zresztą widać na Twoich zdjęciach Takie śródziemnomorskie krajobrazy to remedium na pogodę, jaką teraz mamy

Komentarz pochodzi od Aneta, 24.02.2016, o 07:51 (UTC):
Ateny super. Wybieram sie tam więc podziękowała za relacje



Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twoja strona:
Twoja wiadomość: