Karlskrona, Szwecja


 

Ten wpis musi powstać bardzo szybko, póki jeszcze pamiętam wszystkie ciekawe rzeczy o Szwedach i Szwecji, których dowiedziałam się podczas jednodniowej wizyty w Karlskronie. Więc piszę!

Wszystko zaczęło się od biegania. W marcu jeden ze znajomych wypalił z pomysłem: Biegowy Potop Szwedzki. Większość towarzystwa miała kiedyś na nogach buty do biegania, więc zapaliliśmy się do tego pomysłu, zamówiliśmy rejsy no i… popłynęliśmy.

Wszystko zaczęło się w niedzielny wieczór w porcie w Gdyni, skąd wypływa Stena Line. Dla większości z nas była to pierwsza w życiu podróż promem, a większość doświadczeń związanych z takimi rejsami wywodziła się z kilkukrotnego seansu Titanica Tuż przed wypłynięciem z portu wyszliśmy na górny pokład i spojrzałam z góry na maleńkie dźwigi, kontenery wielkości pudełka zapałek i wózki widłowe jakby z klocków Lego. Wtedy dotarło do mnie, jakim kolosem właśnie wypływamy na otwarte morze. Generalnie boję się wody; nie czuję się pewnie, gdy nie czuję gruntu pod nogami, więc zdanie się na łaskę potężnej maszyny nie było łatwe. Ale nie wiało, niebo było bezchmurne, więc nie pozostało nic innego, jak cieszyć się podróżą, wizją zobaczenia kolejnego kraju i… nadchodzącym biegiem.

    

   



Po przespanej nocy (w moim przypadku, bo w innych niekoniecznie) i dopłynięciu do portu w Karlskronie, wszyscy biegacze (wśród nich i my) wyruszyli autokarami do rezerwatu Långasjönäs, gdzie miał odbyć się bieg. W zależności od zadeklarowanego wcześniej dystansu można było biec na 5, 10 lub 15 kilometrów. Większość z nas zdecydowała się na najkrótszą opcję. Biegliśmy w otoczeniu lasu: wszędzie drzewa, zapach szyszek, śpiew ptaków, a nad głową lazurowe niebo i promienie słońca przebijające się przez gęste korony iglaków. Tylko grzybów i łosi brakowało do ideału No i niektórym (np. mnie) kondycji… Ale po doczłapaniu na metę, dostałam medal i ja

           
   

    


Wszyscy uradowani medaliści wróciliśmy na prom, gdzie mieliśmy chwilę na ogarnięcie się, a następnie pojechaliśmy na zwiedzanie Karlskrony.

 

Karlskrona, czyli korona Karola (Karola XI, szwedzkiego króla, założyciela miasta) leży u wybrzeży Bałtyku. Jednak jest to wybrzeże skaliste, w związku z czym mieszkańcy Karlskrony praktycznie wcale nie mają plaż. W zamian mają jednak dużo słońca, Karlskrona uchodzi bowiem za najbardziej nasłonecznione szwedzkie miasto.
Leży na trzydziestu trzech wyspach, a na niektóre z nich można się dostać jedynie drogą morską. Nic więc dziwnego, że większość mieszkańców Karlskrony ma łódkę, a do pracy pływają... kajakami.

 

Centrum miasta znajduje się na wyspie Trossö i to tam udaliśmy się z naszą wycieczką.

 

Wcześniej jednak zatrzymaliśmy się na tarasie widokowym na Bryggareberget, by z góry popatrzeć na Karlskronę. Nie będę czarować, że był to zapierający dech w piersiach widok. Mimo wszystko dobrze, że tam pojechaliśmy.



 

 

Następnym punktem objazdowej wycieczki był Rynek Główny (Stortorget). W centralnym jego punkcie stoi pomnik Karola XI, który podziwia założone przez siebie miasto.


 


Król ma widok na powstały w XVIII wieku kościół Fryderyka (
Fredrikskyrkan). Muszę przyznać, że wnętrze tej świątyni jest… dziwne. Nigdzie nie widziałam jeszcze kościoła, który wyglądałby jak galeria sztuki nowoczesnej. Ponadto pod chórem jest możliwość zrobienia sobie kawy lub herbaty (obowiązuje samoobsługa). Prawdę mówiąc, gdyby nie ołtarz, miałabym wątpliwości czy to aby na pewno kościół.

 

 

 

   



 

Po swojej prawej stronie król Karol ma kościół Trójcy Świętej (Trefaldighetskyrkan), powstały na przełomie XVII i XVIII wieku. Jest to okrągły budynek z dachem kopułowym, który nie jest typowym stylem Szwecji.
 

   
 

Obowiązkowym punktem Karlskrony są lody, które są sprzedawane na smaki, nie na gałki. Większość naszej wycieczki poszła do lodziarni Glassiären, którą poleciła nam pani przewodniczka, więc prawie cały czas wolny w Karlskronie spędziliśmy w kolejce. Ale lody o smaku brownie z ciasteczkami były tego warte
 


Niestety nie mieliśmy zbyt dużo czasu wolnego. Tylko z daleka rzuciliśmy okiem na stojący za plecami Karola XI ratusz, na szwedzkie uliczki... I nawet nie wiem czy widziałam chociaż jednego Szweda.
 

   


 

Na tym skończyła się nasza ekspresowa wizyta w Karlskronie. Po powrocie na prom rozpoczął się rejs powrotny do Gdyni. Tego dnia wiatr dał się nieco we znaki, zarówno podczas "żegnania" Szwecji z górnego pokładu, jak i później, gdy duże fale kołysały promem, co nie było szczególnie miłe.
 

   


Po 21 dane nam było obejrzeć zachód słońca na pełnym morzu...
 


 

...a ci, którzy zwlekli się z łóżka przed 4, przywitali słońce, które jednak nie do końca było chętne do współpracy.
 


 

Żałuję, że nie udało mi się zobaczyć nic więcej. Mam niedosyt, że nie widziałam kolorowych szwedzkich domków, no i tych słynnych łosi...
Przewodniczka mówiła, że gdyby w Szwecji nie było corocznego odstrzeliwania jakiejś części populacji łosi, to... rogacze zjadłyby cały kraj! W Szwecji żyje 300 000 łosi, więc spotkanie face to face jest możliwe. Tam, gdzie my mamy znaki ostrzegawcze Uwaga!, jeleń, u Szwedów jest Uwaga!, łoś. Łośki tak często biorą udział w wypadkach drogowych, że firmy ubezpieczeniowe uznały, że taniej im wyjdzie, jeśli odgrodzą dwumetrową siatką wszystkie drogi, niż gdyby miały wypłacać odszkodowania pokrzywdzonym kierowcom. Pomijając już fakt, że rozpędzony łoś nie zwraca uwagi na żadne siatki i absolutnie nie jest ona dla niego przeszkodą. Bo łoś jest trochę jak nasza owca: spłoszony pędzi przed siebie. Nie wie gdzie, nie patrzy gdzie, ale pędzi A już najśmieszniej jest jesienią, gdy łośki zjadają leżące pod drzewami jabłka, które... fermentują im w żołądku. A więc spotkanie z pijanym łosiem – to dopiero przygoda!

Tak jeszcze w związku z jesienią... W szwedzkich lasach jest bardzo dużo grzybów. A jeśli ich nie ma, to znaczy, że nasi tam byli. Bo Szwedzi panicznie boją się grzybów, więc ich nie tykają. Jednak w Szwecji istnieją kursy zbierania grzybów, są tam zajęcia teoretyczne i praktyczne. Mieszkańcy chętnie biora udział w takim kursie, czytają o grzybach, później chodzą po lesie i je zbierają, na końcu dostają certyfikat, który... wkładają do szuflady i nadal nie zbierają grzybów, bo się boją. Super są Podobno jeżeli Szwed zje jakąś potrawę z grzybami, to znaczy, że bardzo ufa gospodarzowi.

Spodobała mi się Szwecja. I to bardzo. Chcę poznać więcej. Chcę zobaczyć skocznię w Falun, słynny z serialu The Bridge most między Malmö a Kopenhagą...
Kiedyś tam wrócę.

 





Komentarze do tej strony:
Komentarz pochodzi od zwiedzaki.pl.tl, 09.07.2018, o 18:18 (UTC):
Agnieszka, dzięki

Komentarz pochodzi od Agnieszka, 09.07.2018, o 11:35 (UTC):
Mimo małej ilości czasu, to wykonaliście jednak śliczne zdjęcia

Komentarz pochodzi od zwiedzaki.pl.tl, 09.07.2018, o 08:53 (UTC):
Olka, nie wiem jak rowerowy, ale biegowy potop mogę polecić. Chociaż na zdjęciach z rowerowego ludzie wyglądają na zadowolonych, więc też pewnie jest fajnie

Komentarz pochodzi od Olka, 09.07.2018, o 08:38 (UTC):
Ja chciałam się wybrać na Rowerowy Potop Szwecji, ale choć planuję to od paru lat, to jakoś nie wychodzi. Ale chętnie bym tam pojechała na taką rowerową wycieczkę.



Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twoja strona:
Twoja wiadomość: