Liverpool, Anglia




Wycieczka do Liverpoolu istniała w naszych planach jeszcze przed przylotem do Manchesteru. I w zasadzie nie miał bliżej określonego terminu. Jednak obserwując coraz większymi krokami nadchodzącą paskudną jesień, postanowiliśmy nie zwlekać i załapać się na ostatnie promienie słoneczne w Liverpoolu. Nasza podróż rozpoczęła się na przystanku Coach Station, skąd odjeżdżał National Express prosto do miasta Beatlesów. Liverpool przywitał nas słońcem i ostrym, zimnym wiatrem
 


     
W pierwszej kolejności pojechaliśmy na stadion FC Liverpool przy Anfield Road. Niestety, za zwiedzenie muzeum klubu trzeba było zapłacić 19 funtów  , więc odpuściliśmy sobie tę przyjemność i obiekt obejrzeliśmy jedynie z zewnątrz. Zajrzeliśmy także do sklepu z gadżetami FC Liverpool, gdzie w książce opisującej historię klubu odnalazłam sylwetkę Jurka Dudka. Nie omieszkałam zrobić zdjęcia







Prosto ze stadionu wyruszyliśmy na zwiedzanie anglikańskiej Katedry Chrystusa, którą polecało nam zobaczyć wielu internautów. Gdy zza horyzontu pojawił się zarys budowli, poczułam się wielce rozczarowana. Katedra przypominała bowiem jakąś starą, niedokończoną fabrykę. Jednak gdy podeszliśmy bliżej, jej ogrom mnie poraził. Jak później doczytałam, zajmuje ona powierzchnię ponad 9 tysięcy metrów kwadratowych. W zdziwienie wprawił mnie fakt, że przed samym wejściem do kościoła rozstawione były namioty z napojami, malowaniem twarzy, i tym podobne. Nieopodal stała karuzela rodem z wesołego miasteczka, a przed wejściem głównym odbywał się kurs wspinaczkowy - ochotnicy po linie wchodzili na szczyt katedry. We wnętrzu świątyni znajdują się sklep z pamiątkami oraz... restauracja, której taras widokowy znajduje się nad głowami modlących się wiernych. Wnętrze kościoła robi wrażenie, jednak te kramy, atrakcje i kawiarnie sprawiły, że został utracony sens tego miejsca. Zamiast miejscem modlitwy i ciszy Liverpool Cathedral of Christ the King stał się centrum rozrywki.













Chcąc zaspokoić dopadający nas głód, udaliśmy się w stronę centrum miasta. Po drodze chciałam wybrać pieniądze z bankomatu. I się zaczęło... O godzinie 12:00 card machine nie oddał mi karty. Pani w okienku poinformowała nas, że po odbiór mojej własności musimy się zgłosić po 15:00. Czyli cały nasz plan wycieczki musiał ulec zmianie. Powędrowaliśmy więc na wyżerkę do chińskiego bistro, gdzie okazało się, że za opłatą £7,5 możemy jeść ile tylko damy radę. Przekalkulowaliśmy szybko sprawę i uznaliśmy, że opłaca się to bardziej niż McDonald's. Tym bardziej, że potrawy znajdujące się w wazach, bemarach, misach, talerzach i półmiskach wyglądały niezwykle zachęcająco. Chwilę później podążaliśmy już w stronę stolika z talerzami pełnymi krewetek, kurczaka w sosie słodko-kwaśnym, makaronu ryżowego z warzywami, cebuli smażonej w jakimś przepysznym cieście, kurczaka w sezamie, sajgonek warzywnych, sosów i warzyw. Ja skusiłam się jeszcze na zupę kurczakowo-kukurydzianą, która była tak gorąca, że pokaleczyła mi podniebienie. Po "daniach głównych" przyszedł czas na deser. Królowały świeże owoce, których w ostatnim czasie bardzo nam wszystkim brakowało. Przez godzinę opychaliśmy się arbuzami, melonami, pomarańczami, mandarynkami, brzoskwiniami i... dziwnym owocem przypominającym gałkę oczną (do dziś nie znam nazwy tego specjału). Do owoców dorzuciliśmy jeszcze ciasta, ciasteczka i lody. Moje przepyszne talerze prezentowały się tak:









 Gdy wytoczyliśmy się z chińskiego bistro, mieliśmy jeszcze 2 godziny do odbioru mojej karty. Udaliśmy się więc spacerkiem do Albert Dock - kompleksu budynków położonych nad rzeką Mersey. To właśnie tam znajdują się: Muzeum Titanica, Muzeum Beatlesów, Muzeum Niewolnictwa i Tate Museum. Niestety, na zwiedzenie ich nie starczyło nam czasu Będzie to powód, by powrócić jeszcze do Liverpoolu










Następnym krokiem był powrót do banku, gdzie czekała na mnie niemiła niespodzianka. Okazało się, że moje konto jest nieaktywne i zostało automatycznie zamknięte, a ja z powodu rzekomego długu zostałam umieszczona na czarnej liście tegoż banku i więcej u nich konta nie otworzę. Wiadomość ta sprawiła, że mój dobry humor nieco zbladł

    Mimo tego incydentu kontynuowaliśmy wycieczkę. Następnym punktem w planie było płynięcie promem do New Brighton, nad Irish Sea. Miałam nadzieję poleżeć choć przez sekundkę na ciepłym piasku, lecz zastaliśmy mokrą plażę i lodowaty wiatr. Zdecydowanie nie lubię angielskiej pogody. Ale morze oczywiście piękne.








Na zwiedzeniu plaży w New Brighton zakończyła się nasza wycieczka do Liverpoolu. Ale zostało jeszcze dużo do zobaczenia w tym mieście, więc może kiedyś powrócimy







Komentarze do tej strony:
Komentarz pochodzi od Ewelina, 28.02.2016, o 13:41 (UTC):
Suupeerr,piękne widoki megaaa jaram się



Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twoja strona:
Twoja wiadomość: