Wiedeń, Austria

Cofnijmy się w czasie o kilka miesięcy. Konkretnie do października, bo to wtedy cudownym trafem udało mi się zamówić bilety (polski bus) Częstochowa-Wiedeń-Częstochowa za 2 złote. Mateusz szybko domówił sobie drugi komplet biletów (nieco drożej) i tym sposobem mieliśmy zaplanowany wyjazd, który kosztował nas 52 złote.


Głównym powodem, dla którego postanowiliśmy wybrać się do Wiednia były Yang Yang, Fu Feng i Fu Ban – trzy pandy zamieszkujące tamtejsze zoo. Właściwie wizyta w zoo była jedynym punktem wycieczki, który wcześniej ogarnęliśmy. I nie ma się czym chwalić, ale do pozostałych zabytków trafiliśmy tylko i wyłącznie dzięki wpisom na innych blogach podróżniczych…

No dobra, wystarczy tych wstępów. Do rzeczy. Oto, co widzieliśmy i co polecamy.

Traf chciał, że nasz przyjazd wypadł w dniu zmiany czasu z zimowego na letni. I dzięki temu dotarliśmy na dworzec główny o 6.15. Gdyby nie te popchnięte do przodu wskazówki, dojechalibyśmy o 5.15, co przy temperaturze 1 st. C. nie byłoby szczególną przyjemnością.


 

Pierwszym punktem programu stała się Msza (była to Niedziela Palmowa) w katedrze św. Szczepana. Katedra św. Szczepana (a nie Stefana, jak niektórzy tłumaczą) stoi w samym sercu Wiednia, na Stephansplatz. Jest jednym z najstarszych w Austrii (jej historia zaczęła się w XIII wieku) i największych w Europie (ma 107m długości i 34 m szerokości) kościołem. Ma cztery wieże, łącznie z mierzącą 136,4 m najwyższą Steffi.


 

Katedra św. Szczepana jest austriackim powodem do dumy. Wiedeńczycy lubią ją tak bardzo, że znajduje się ona w logo słynnych tamtejszych słodyczy Manner (promowanych również przez naszego Dawida Kubackiego). Natomiast inny zakochany w Wiedniu Austriak wybrał katedrę jako miejsce swojego ślubu, a później odbył się tam jego pogrzeb. To był Wolfgang Amadeusz Mozart.

 

 

 
 

 



 

 

 

Jak już o Mozarcie mowa, to zaledwie kilkadziesiąt kroków od katedry, w kamienicy przy Domgasse 5 znajduje się Dom Mozarta, w którym kompozytor, jego żona i dzieli mieszkali przez kilka lat. Obecnie znajduje się tam muzeum, które czynne jest w godzinach 10.00-20.00. My byliśmy tam ok. 8.00 rano, więc mamy zdjęcie zamkniętych drzwi, którym nawet nie warto się chwalić.


 

W jednej z ulic-odnóg Stephensplatz znajduje się kościół, który był dla mnie sporym zaskoczeniem. Wszystkie kościoły szczycą się tym, że są albo największe, albo najstarsze, albo mają najwyższe wieże, albo coś tam jeszcze innego. A kościół Maria am Gestade przy Salvatorgasse 12 jest najwęższy. Wygląda ślicznie, taki malutki, jakby dla lalek Stoi wciśnięty pomiędzy inne budynki, niepozorny.


 

 

  

 

 

 

Idźmy dalej. Przy Hoher Markt znajduje się secesyjny zegar autorstwa Franza von Matsha – Ankeruhr. Jest on o tyle ciekawy i oryginalny, że o każdej godzinie do publiczności „wychodzi” przy akompaniamencie muzyki nowa postać związana z historią Austrii. Postać ta płynie sobie przez całe sześćdziesiąt minut, aż o kolejnej godzinie chowa się, a w jej miejscu pojawia się ktoś nowy. W samo południe pojawiają się naraz wszystkie postacie. Nie byliśmy tam o 12, więc nie wiem jak to wygląda.

My byliśmy tam o godz. 9, która należy do Ernsta Rüdigera von Starhemberga, jeden z generałów biorących udział w słynnej w Polsce bitwie pod Wiedniem.


Idąc niespiesznie wiedeńskimi uliczkami, dotarliśmy do Wiener Rathus czyli Ratusza. To potężny, XIX-wieczny neogotycki budynek, zaprojektowany przez Friedricha von Schmidta. Wewnątrz urzęduje oczywiście burmistrz i rada miejska Wiednia, jednak budynek ratusza jest także dostępny dla zwiedzających. Jest to darmowa przyjemność, ale dostępna tylko w określonym czasie: poniedziałki, środy i piątki o godz. 13.00.

Tym, co zwróciło moją uwagę był park przed ratuszem, a konkretniej ilość obecnych tam ławek. Nie będzie przesadą, gdy powiem, że jest tam ławka na ławce.



 



 

Spod ratusza jest dosłownie rzut beretem do Kościoła Wotywnego (jego wieże widać z parku). Przykrym widokiem był wielki billboard zasłaniający przód świątyni. Rozumiem, że to rusztowania, że kościół na tym zarabia, ale mimo wszystko nie spodobało mi się to. Z zewnątrz Kościół Wotywny jest podobny do Archikatedry Częstochowskiej (kto nie był, to polecam), natomiast w środku skojarzył mi się z Sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Pompejach (tutaj). Taki wypełniony spokojem, pewnym rodzajem mistyki kościół. I uroku dodają również przepiękne witraże.

  

 




 

Spod Kościoła Wotywnego dostaliśmy się metrem pod chyba najbardziej znaną atrakcję Wiednia, Pałac Schönbrunn. Tradycyjnie, jak to przy naszych jedniodniówkach, odpuściliśmy sobie zwiedzanie tych 1441 komnat. Zamiast tego rozejrzeliśmy się po jarmarku wielkanocnym (będzie o tym w innym wpisie) i pospacerowaliśmy po zamkowych ogrodach. Oczywiście słyszeliśmy o pięknie tych ogrodów. Przy zamawianiu biletów zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że na nasz przyjazd pod koniec marca kwiaty jeszcze się nie rozwiną, a na drzewach nie będzie liści, a jedynie pączki. Dlatego widok ogrodów nasz nie rozczarował.


 

 

 

  
 


 


 

 


Wreszcie, w ogrodach Pałacu
Schönbrunn znajduje się to, po co przyjechaliśmy do Wiednia. Czyli zoo! Spotkanie z pandą było dla mnie tym, czym dla niektórych może być satysfakcja z wejścia na Olimp, widok zorzy polarnej czy spotkanie twarzą w twarz ze Statuą Wolności (choć to wszystko też chcemy zrobić). Spełnienie marzeń, po prostu Czekałam na to wiele lat i teraz wiem, że było warto. Pandy są przepiękne! Zabawne, uśmiechnięte, urocze <3

Zresztą, całe zoo również ma się czym pochwalić – jak na najstarsze i czterokrotnie wybrane najlepszym zoo w Europie przystało. Fajnie było pierwszy raz w życiu zobaczyć koalę (nawet jeśli obrażona siedziała tyłem), meduzy, takie wielkie żółwie i pingwiny królewskie.

 

 

 









Jak foch to foch

Gdy wyszliśmy zoo okazało się, że pora obiadowa minęła już dawno temu. Zorientowaliśmy się więc co i gdzie w Wiedniu polecają zjeść polscy internauci. Zdecydowaliśmy się na Grammelknödel (knedle ze skwarkami z boczku w środku) oraz Bio-Rinds-Gulasch (gulasz wołowy podlewany czerwonym winem). Pominę już fakt, że prawie godzinę jeździliśmy i szukaliśmy Glacis Beisl, gdzie podają te specjały. Ten lokal znajduje się między Muzeum Sztuki Współczesnej (Mumok), a Leopold Museum, ale jest tak ukryty, że chwilę zeszło nam odnalezienie go. Było jednak warto, bo jedzenie było smaczne i nie straciliśmy dużo czasu czekając na nie.

Na sam koniec coś, co zachwyca mnie prawie w każdym mieście europejskim (a na pewno w każdym włoskim): uliczki.

 







I to koniec naszej jednodniówki. Gdy teraz czytam relacje z Wiednia innych podróżników to widzę, jak dużo fajnych miejsc nie udało nam się zobaczyć. Bardzo żałuję, że nie dotarliśmy nad Dunaj. Nie widzieliśmy też Belwederu i tej kosmicznej spalarni śmieci. Ale spotkałam pandy, więc po tym weekendzie w podróży jestem w 100% usatysfakcjonowana!





Komentarze do tej strony:
Komentarz pochodzi od damian, 06.04.2018, o 06:28 (UTC):
W czerwcu damianowa planuje podbój Wiednia, więc siłą rzeczy wybieram się z nią. Link do Ciebie zachowam w zakładkach, a nuż się przyda.

Komentarz pochodzi od Aneta, 05.04.2018, o 12:46 (UTC):
Wspaniała wycieczka, a pandy przesłodkie Uwielbiam takie wyjazdy

Komentarz pochodzi od Danka, 05.04.2018, o 10:08 (UTC):
Pamietam jak byłam pierwszy raz w Wiedniu, zaraz po obaleniu komuny, zachwyciłam sie ogrodami na tarasach:-)

Komentarz pochodzi od Asia, 05.04.2018, o 08:52 (UTC):
Podczas naszej wizyty w Wiedniu nie dotarliśmy do ZOO i widzę, że to był błąd. Mamy powód żeby tam wrócić



Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twoja strona:
Twoja wiadomość: