Manchester, Anglia


Football counts as kulture
W Anglii fajne jest to, że muzea są darmowe. Nie wszystkie niestety, ale większość. Do większości tej należy Narodowe Muzeum Futbolu, które odwiedziliśmy któregoś popołudnia.

Już sam budynek zachęcił mnie do wejścia do środka:





W środku również było ciekawie. Obejrzeliśmy egzemplarze pierwszych piłek, takie ze zwierzęcych skór, powiązane sznurkami. Były też pierwsze koszulki, które nawet można było nałożyć do zdjęcia. Za szybami stały różne puchary, w tym replika Pucharu Mistrzostw Świata, który bardzo mi przypadl do gustu







Muzeum futbolu na pewno jest dużą atrakcją dla dzieci. Znajduje się tam bowiem wiele interaktywnych eksponatów. Można m. in. kopać piłką do celu, wybierać wygląd maskotki angielskich drużyn (na to skusiłam się i ja), dopasowywać na czas loga federacji piłkarskich do odpowiednich krajów (układałam to z Matem i całkiem dobrze nam poszło), rozegrać mecz na wyimaginowanym boisku, i tak dalej, i tak dalej...





Ciekawym pomysłem była duża tablica, na której można było powiesić karteczkę z napisanym przez siebie najciekawszym momentem oglądanym podczas meczu. Ja ani przez moment nie zastanawiałam się, co dla mnie jest hitem...






Na koniec złota myśl Germaine'a Greera, która - mimo, że nie jestem wielką fanką piłki nożnej - bardzo mi się spodobała. Myślę, że odnosi się ona do każdej dyscypliny sportu, nie tylko futbolu.







Malowniczy Chortlon water park


    Odwiedziliśmy dziś piękne miejsce - Chorlton Water Park. Jest to chyba miejsce, które jak do tej pory najbardziej spodobało mi się w Manchesterze. Tu nie trzeba słów:








Skusiliśmy się też na lody bubble, które polecano w opiniach dotyczących Chortlon Water Park. I teraz śmiało podpiszę się pod tymi opiniami, bo lody naprawdę smaczne. Myślałam, że wynalazki niebieskiego koloru będą równie chemiczne jak lody o smaku smerfów czy gumy do żucia, ale jednak okazały się być ok. Wygląd też miały fajny, a Pan, który je przyrządzał, robił to z prawdziwą pasją: po kolei, krok po kroku, pokazywał nam jak ozdabia kubeczek syropem, jak obtacza loda w posypce... Fajnie, fajnie. Efekt był taki:







Po powrocie do domu stwierdziliśmy, że pogoda jest idealna na grilla. Mat skoczył więc do Iceland po węgiel i mięso, ja do Kingsway po warzywa i chwilę później na ruszcie pichciły się szaszłyki, kurczaki, cebulki, papryka, bakłażan i cukinia. Gdy węgiel zamienił się w popiół, przypomniałam sobie, że uwielbiam pieczone ziemniaczki, więc wrzuciłam cztery kartofelki. Pychotka.














Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twoja strona:
Twoja wiadomość: